kierunek - CHINA
listopad 1st, 2011 by wagramkierunek: CHINY * “NSDAP” XXI wieku
Recenzja: Chiny światowym hegemonem? Imperializm ekonomiczny Państwa Środka
“W Chinach czułem się jak dziad”
Piotr Gadzinowski
MUST READ! MUST READ! I jeszcze raz: MUST READ! “Chiny światowym hegemonem? Imperializm ekonomiczny Państwa Środka” autorstwa Jean-Paula Guicharda, ekonomisty i historyka z Uniwersytetu w Nicei oraz Antoine Bruneta, byłego prezesa francuskiego oddziału HSBC to książka wbijająca w fotel i otwierająca oczy, na to co się naprawdę dzieje na świecie, w czasie gdy Polactwo jest zajęte grillowaniem na Zielonej Wyspie.
Autorzy wyjaśniają dlaczego Chiny przez ostatnie 20 lat stały się drugą, jeśli nawet nie pierwszą potęgę gospodarczą i polityczną świata (PKB liczony na podstawie parytetu siły nabywczej wynoszący około 20 proc. światowego, niemal tyle samo co USA!). To wina przede wszystkim tego, że w ChRL panuje ustrój o nazwie: kapitalizm totalitarny, mający wiele podobieństw np. z III Rzeszą. Pod kierownictwem totalitarnego geniusza Deng Xiaopinga, Pekin przeanalizował jakie błędy w walce o dominację popełniły ZSRR oraz przedwojenna i powojenna Japonia. Chińczycy zaczęli więc walczyć o zdobycie władzy nad światem za pomocą tej samej strategii jaką w dawnych wiekach realizowały w tym celu Imperium Brytyjskie i USA - merkantylizmu, ciągłego wypracowywania nadwyżek handlowych z resztą świata. Udaje im się to osiągać za pomocą ofensywnego protekcjonizmu monetarnego, czyli znacznemu zaniżaniu kursu juana. To tak jakby wszystkie towary eksportowane przez Chiny były wspierane subsydiami wynoszącymi 50 proc. ich wartości, a towary importowane do Chin obłożone 100 proc. cłem. ChRL posiada jeszcze jeden atut: ogromny rezerwuar niemal niewolniczej siły roboczej (nielegalni migranci wewnętrzni - 150 mln ludzi), utrzymywany w posłuchu przez totalitarny aparat mafijnego państwa. W ten sposób Chińczycy są w stanie produkować nawet 80 razy taniej od Amerykanów i Europejczyków a 9 razy taniej od Meksykanów. Odkąd Chiny w 2001 r. wstąpiły do WTO, masakrują, za pomocą tej hipernieuczciwej konkurencji gospodarki państw rozwiniętych - przyczyniając się do postępującej ich dezindustrializacji i wzrostu bezrobocia, stają się ich wierzycielami i potajemnie prowadzą do destabilizacji ich rynków długu. To otwarta wojna gospodarcza, w której rolę V-tej kolumny odgrywają wielkie koncerny masowo przenoszące produkcję do ChRL i jej państw wasalnych, dezindustrializując przy tym Zachód. W planach Chińczyków jest zastąpienie USA w roli światowego hegemona (po zniszczeniu Ameryki), a Europie wyznaczenie roli centrum turystyczno-rozrywkowego, czyli takiej funkcji jaką zaplanował dla Francji Adolf Hitler. Jedynym dobrym aspektem chińskiej strategii jest odebranie Ruskim “prastarych chińskich ziem zrabowanych na mocy nierównoprawnych traktatów”. Stanie się tak dopiero wtedy, gdy totalitarni postkomunistyczni kapitaliści z Pekinu zrobią z wszystkich białych ludzi dziadów.
Pozycja ta jest szczególnie cenna, gdyż obala mity typu “wolny handel jest zawsze dobry, a protekcjonizm zawsze zły”. Autorzy wyjaśniają m.in. : jak Japonia doszła do potęgi po II wojnie światowej? jak doszło u niej do straconej dekady? dlaczego prezydent Clinton rozpoczął w interesie amerykańskiej oligarchii politykę niszczenia Japonii za pomocą wspierania Chin? jak wpuszczenie przez Clintona Chin do WTO wpłynęło na wybuch kryzysu w USA? a przede wszystkim, jak się bronić przed chińską agresją gospodarczą. Zdaniem autorów jest jedna droga: państwa rozwinięte powinny jednocześnie opuścić WTO i założyć WTO-bis, w której nie będzie miejsca dla państw stosujących monetarny protekcjonizm.
Niestety, administracja Obamy, choć powoli przestawia się na konfrontację z Chinami, nie ma zamiaru uderzać ChRL, tam gdzie ją naprawdę zaboli - w zaniżony kurs juana. Jedynym człowiekiem w tej administracji rozumiejącym niebezpieczeństwo chińskiego ofensywnego monetarnego protekcjonizmu jest sekretarz skarbu Timothy Geithner. Niestety, amerykańska oligarchia nie pozwala mu działać w obronie własnego kraju. W Europie wszyscy natomiast wypatrują Chin jak rycerza na białym koniu. Jednym z nielicznych, który zdaje sobie sprawę z chińskiego niebezpieczeństwa jest kandydat socjalistów na prezydenta Francji Francois Holland. Paradoks: przemysł krajów Zachodu jest niszczony przez kapitalistów działających w zmowie z Chinami, ratować chcą go działacze związkowi…
Ps. Danek, Bekier i Lasecki - działacze “Falangi” (chiń. Falong-ga) błaznują przyjmując maoistowską retorykę mówiącą, że trzeba bronić świata przed imperialistycznymi wyzyskiwaczami z USA. Tak naprawdę to towarzysze z Pekinu są największymi wyzyskiwaczami i imperialistami na świecie. Ale w błaznowaniu falangistów jest metoda, po tym jak płemieł Tusk i minister Grabarczyk obrazili swoją niekompetencją chińskie kierownictwo Chińczycy być może szukają, kogo z polskich polityków sobie kupić. Wielkiego wyboru nie mają, bo pewnie postrzegają większość z nich za agentów Rosji, a PiS za ludzi Ameryki. Kto im więc pozostaje? Stronnik Hu Yao Banga Pa Li Kot?
prof. A. Zybertowicz
lipiec 7th, 2009 by wagramLENIN, 1914
lipiec 7th, 2009 by wagramPotęga Internetu. Co szkodzi zapytać Google. Wstukuję imię i nazwisko Antoniego Głowińskiego. Na pierwszej pozycji – magister inżynier, mieszka w Warszawie. Co szkodzi zadzwonić. Po drugiej stronie zaskoczenie, ale rozmówca potwierdza, iż faktycznie, jest synem tego, który zetknął się z Leninem. Zaciekawiony moim zaciekawieniem Antoni Głowiński proponuje spotkanie. I nazajutrz dochodzi do świetnej rozmowy. Już w pierwszych chwilach powiało dobrymi klimatami. Mój gość przyniósł ze sobą książkę swego autorstwa pt. „Komentarze Rodzinnne”6. Nic jednak nie zastąpi żywego słowa. I popłynęła opowieść całkiem niezwykła.
Rodzina Głowińskich herbu Godziemba ma rozległą historię. Pierwsze wzmianki znajdują się w Kronice Jana Długosza, a pierwsze zapiski dotyczące konkretnych osób pochodzą z XIV wieku. Głowińscy byli konfederatami barskimi, oficerami napoleońskimi, powstańcami listopadowymi i styczniowymi.
Jeden z potomków tego rodu, Kazimierz Godziemba Głowiński, ojciec Antoniego, był w sierpniu 1914 roku komisarzem powiatowym w Nowym Targu, co odpowiadało funkcji wicestarosty odpowiedzialnego za kierowanie całym urzędem starościańskim i porządek na terenie powiatu. To właśnie Kazimierz Głowiński, z wykształcenia prawnik (ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie), przesłuchiwał Lenina zatrzymanego przez wachmistrza Matuszczyka. Ponoć panowała wówczas psychoza podejrzeń o szpiegostwo, dlatego sytuacja przyszłego dyktatora była nie do pozazdroszczenia.
Głowiński nadał sprawie urzędowy bieg. Tymczasem w sprawie uwolnienia Włodzimierza Uljanowa interweniowało wiele osób. Między innymi Franciszek Smereczyński, znany jako Władysław Orkan; niech mu to będzie odpuszczone za to, co uczynił dla polskiej literatury.
Po jedenastu dniach Cesarsko-Królewski Sąd Ochrony Krajowej w Krakowie orzekł o zwolnieniu Lenina. Zapewne o tak rychłej decyzji zdecydowały znane i niewątpliwe dziś jego kontakty z wywiadem niemieckim.
Podczas pożegnalnej rozmowy Lenin poprosił Kazimierza Głowińskiego o prywatną pożyczkę na koszty podróży do Szwajcarii. I ten z własnych środków pożyczył kilkaset koron austriackich. Czy o tym geście życzliwości zdecydowało wstawiennictwo popularnego już wówczas Władysława Orkana? Lenin otrzymanie pieniędzy pokwitował. Antoni Głowiński mówi dziś, że ojciec, opowiadając o tym, wspominał, że wtedy Lenin był sympatycznym człowiekiem, szybko nawiązującym kontakt z ludźmi i wydawało się, że niegroźnym utopistą.
Włodzimierz zwany Leninem pozostawił na Podhalu jeszcze jeden dług. Winien był pieniądze sklepikarzowi Emanuelowi Singerowi. Ale ów dług w imieniu Lenina został uregulowany przez jego znajomego z czasów pobytów w Polsce, Jakuba Haneckego, który znalazł się w sowieckiej dyplomacji. Podobno i z Kazimierzem Głowińskim ktoś próbował nawiązać kontakt w sprawie długu, ale ten odmówił jakichkolwiek spotkań z przedstawicielem reżimu sowieckiego.
Kazimierz Głowiński na początku lat dwudziestych, już jako starosta nowotarski, przeszedł na emeryturę i osiadł w rodzinnym majątku w Rabie Wyżnej. Zabrał dokumenty dotyczące zatrzymania Lenina oraz jego pokwitowanie pożyczki, które pokazywał wielu osobom jako ciekawostkę historyczną. Kazimierz Głowiński, nota bene spowinowacony z rodziną Jana Matejki, „dystyngowany starszy pan, małomówny, elegancki i systematyczny”, jak opisuje go syn, nie unikał pracy fizycznej. Zginął w czerwcu 1942 roku w banalnym i tragicznym wypadku, przygnieciony drzewem w tartaku. Po jego śmierci Antoni, wówczas osiemnastoletni, porządkował wraz z matką gabinet ojca. Wówczas w papierowej teczce znaleźli „papiery leninowskie”. Były tam: telegram ze starostwa w Nowym Targu do Namiestnictwa we Lwowie z pokwitowaniem, brulion przesłuchania Lenina spisany przez Kazimierza Głowińskiego, pismo starostwa do Cesarsko-Królewskiego Sztabu Generalnego Oddziału w Krakowie, pismo Namiestnictwa do Starostwa Nowotarskiego i odpis protokołu aresztowania. Brakowało, niestety, pisma Władysława Orkana i pokwitowania podpisanego przez Lenina.
Myli się ktoś, kto sądzi, że historia ta ma się ku końcowi. Antoni Głowiński, dziś starszy mężczyzna o ujmującym sposobie bycia, był podczas wojny żołnierzem Armii Krajowej, brał udział w Powstaniu Warszawskim i został ciężko ranny. Od 1947 roku zamieszkał w Warszawie u swego krewnego, Fryderyka Zolla, ojca Andrzeja. Tak, tego Andrzeja Zolla. W pierwszych dniach sierpnia 1949 roku zostaje aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa wuj Redek, jak mówi o Fryderyku Antoni Głowiński. Za co? Otóż Fryderyk Zoll, uczestnik walk o Lwów w 1918 roku, żołnierz wojen w latach 1920 i 1939, był członkiem Delegatury Rządu na Kraj, jednym z dowódców, w stopniu majora, Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, walczył w Powstaniu; zginęło wówczas dwóch jego synów, starszych braci Andrzeja.
Antoni Głowiński (o którym Andrzej Zoll mówi, że jest człowiekiem bez rysy) wspomina naradę rodzinną z udziałem Józefa Zolla, brata Fryderyka. Słysząc, że osoby posiadające listy Dzierżyńskiego wykupywały z sowieckich więzień swoich bliskich, Głowiński proponuje wykorzystanie „papierów leninowskich” do uwolnienia wuja. Józef Zoll (który dobrze pamiętał, jak Kazimierz Głowiński pokazywał pokwitowanie pieniędzy przez Lenina) obruszył się na tak niepoważny pomysł. Ale po kilku dniach poprosił o przywiezienie tych dokumentów.
I tu kolejna odsłona. Józef Zoll nawiązuje kontakt z obracającą się w świecie artystycznym Izabelą „Czajką” Stachowicz7. Ona to uznała pomysł wykupienia, znanego jej wcześniej aresztowanego, za bardzo dobry pod hasłem, że to krewny tego, „który uwolnił Lenina”. Porozumiała się z kierownikiem Wydziału Historii Partii, niejaką Heleną Kamińską. Ta w obecności Antoniego Głowińskiego konfrontowała dokumenty ze źródłami historycznymi, za które uważała wspomnienia Nadzieżdy Krupskiej. Zgadzało się. Towarzyszkę Kamińską zainteresowało również pokwitowanie Lenina i list Władysława Orkana.
Kontynuując swój pomysł, być może ratujący życie Fryderyka Zolla (że to nie przesada, przekonuje tragiczny los dowódcy Kedywu, generała Augusta Emila Fieldorfa), Antoni Głowiński pojechał do Raby Wyżnej. Dwór – pałac został już zagrabiony przez tak zwaną władzę ludową. Żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – opowiada mój rozmówca – przeszukiwali wszystkie zakamarki, sondowali ziemię w piwnicach. Bezskutecznie.
Czy Kazimierz Głowiński tak zmyślnie ukrył pokwitowanie Lenina, że ujrzy ono światło jeszcze innego czasu? Historia, jak wiadomo, zna takie, liczne przypadki. A czy dług Włodzimierza Uljanowa vel Lenina przedawnił się? Jeśli na pokwitowaniu nie było oznaczenia terminu zwrotu pożyczki… Zagadnienie dla prawniczych archeologów.
„Papiery leninowskie” zostały, według wiedzy rodziny, zawiezione jako prezent komunistycznych władz na siedemdziesięciolecie urodzin innego zbrodniarza, Józefa Stalina.
A Fryderyk Zoll?
„Kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1949 roku – wspomina Antoni Głowiński – uczyłem się w pokoju u wuja w mieszkaniu przy ulicy Ursynowskiej w Warszawie. W pewnym momencie drzwi otwierają się i wchodzi wuj Redek, z wąsami, w lekkiej marynarce, a był silny mróz, i dosyć podniecony mówi, że właśnie przybiegł z ulicy Rakowieckiej. Od razu zapytał mnie: «Coś ty narozrabiał, że tak dokładnie wypytywali się o ciebie i rodzinę Głowińskich»”.
Antoni Głowiński dodaje skromnie, że znaczącą rolę w uwolnieniu Fryderyka Zolla miała Izabela „Czajka” Stachowicz, która – dorzucił – po opuszczeniu przez niego więzienia na Mokotowie (nie obawiajmy się lżejszego tonu), spiła się jak „Iza-
-Bella”.
Kazimierz Głowiński i Antoni Głowiński – ojciec i syn.
Fryderyk Zoll i Andrzej Zoll – ojciec i syn.
PRZYPISY:
1 Antoni Ferdynand Ossendowski, Lenin, LTW Łomianki 2008, s. 23–24.
2 Lenin. Korespondencja wojenna 1917–1920, Wydawnictwo MON Warszawa 1958, s. 307 (Notatka do J. W. Stalina z czerwca 1919 r.).
3 Op. cit., s. 441 (depesza z 27 lutego 1920 r.).
4 Autorem wiersza jest Julian Tuwim, przy czym autorstwo dwóch pierwszych zwrotek niektórzy przypisują Januszowi Minkiewiczowi.
5 Krzysztof Strauchmann, „Nasze Strony” 1997.
6 Antoni S. Głowiński, Komentarze Rodzinne (Głowińscy z Raby Wyżnej), Wydawnictwo „Czuwajmy”, Kraków 2008. Tę niezwykle interesującą i sympatyczną książkę, zasługującą na pewno na szersze rozpowszechnienie, wydano staraniem i nakładem wójta Gminy Raba Wyżna – Andrzeja Dziwisza, bratanka Kardynała.
7 Izabela „Czajka” Stachowicz (1893–1969), używająca także pseudonimu Iza Bell, przyjaciółka i muza Stanisława I. Witkiewicza i Witolda Gombrowicza. Malarka, pisarka, autorka popularnych opowieści autobiograficznych. Po ucieczce z getta wstąpiła do AL. Po wojnie zaangażowana w odzyskiwanie zrabowanych dzieł sztuki. Miała stopień kapitana UB.
Welcome in RPrl 1989 - 2009
lipiec 7th, 2009 by wagramPrzypadki rządzą światem. Więc pewnie przez przypadek dzień po opublikowaniu przez zespół doradców strategicznych Premiera raporcie: „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe”, o którym pisałem w poprzednim wpisie, odbyła się w Warszawie V Międzynarodowa Konferencja New Energy User Friendly. Wygłoszony w jej trakcie referat Pana Profesora Krzysztofa Żmijewskiego świetnie koresponduje (to znaczy nie koresponduje) z wyzwaniem numer 5 jakie pojawiło się w raporcie doradców strategicznych premiera: ”Bezpieczeństwo energetyczno-kimatyczne”. Profesor Żmijewski twierdzi, że latach 2008-2012 deficyt pozwoleń na emisje CO2 oznacza dla europejskich konsumentów wydatki rzędu 300 mln € rocznie, a przyjęty przez Komisję Europejską Emissions Trading Scheme (ETS) na lata 2013-2020 będzie ich kosztował od 2,3 do 7,3 mld € ROCZNIE! Oznacza to wzrost cen za energię elektryczną od 12 do 37 €/MW.
Oczywiście energia elektryczna w Polsce jest za tania (statystyczne gospodarstwo domowe wydaje dziś więcej na telefony niż energię elektryczną) ale wzrost cen o 93% (a tak jest w jednym scenariuszu) wynikający z decyzji czysto politycznych, to nie jest korekta, ale katastrofa.
Niestety ponad 90% energii zużywanej w Polsce pochodzi z węgla kamiennego. Dlatego produkcja 1MWh oznacza emisję 1t CO2.
Przy cenie 40-80 € za prawo do emisji tony CO2 polska elektro-energetyka będzie musiała wysupłać od 1,5 do 3 mld € ROCZNIE! Ale to i tak mały „pikuś”, bo jak twierdzi Pan Profesor Żmijewski (były prezes zarządu PSE) na inwestycje w samej energetyce polskie firmy powinny wydać 100 mld €!!! A w ciepłownictwie prawie tyle samo.
Tymczasem w ENEI 22 czerwca odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Pracownicy domagają się podwyżek płac. Wytłumaczenie mają proste: przecież nawet ministrowie dostali podwyżki od nowego roku. To prawda, że przykład idzie z góry, ale powołując się na ten przykład – czyli podwyżki dla ministrów i zarządu – związkowcy z ENEI zapomnieli, że ponad 100 tys. energetyków w całym kraju ma coś, czego ministrowie i zarządy spółek energetycznych nie mają. Mianowicie gwarancje zatrudnienia. Budując „bezpieczeństwo energetyczne” kraju, które jak wiadomo nie zależy od inwestycji w turbiny w elektrowniach tylko od inwestycji w „kapitał ludzki” czyli swoich własnych prezesów i budowę odpowiednich „struktur gospodarczych” rząd PiS budował „czebole” energetyczne, a żeby przekupić związkowców zafundował im nie lada przywileje. Bo przecież związkowcy mają gdzieś optymalizację procesów gospodarczych a interesują ich jedynie własne przywileje. Jak kiedyś szlachtę. W trakcie restrukturyzacji sektora energetycznego w latach związkowcy wynegocjowali z zarządami, przy aprobacie rządu, dziesięcioletnie gwarancje zatrudnienia, bonusy trzy razy w roku, zapewnienie corocznych podwyżek według wskaźnika wzrostu wynagrodzeń. A na podstawie ponadzakładowego układu zbiorowego pracy dla pracowników przemysłu energetycznego z 1993 roku po przepracowaniu roku pracownicy sektora nabywają prawo kupowania prądu z 80-ci procentową ulgą w limicie 3 tys. kWh/r. Pracownik pokrywa koszty w wysokości 20% rachunku za energię i usługę przesyłową. Pozostałą część należności reguluje pracodawca. Dla porównania średnie gospodarstwo domowe w Warszawie zużywa rocznie ok. 2,2 tys. kWh.
Jak się to wszystko policzy, to chyba najwyższy czas uświadomić sobie, że około roku 2017 może być w naszych domach ciemno… A bez prądu trudno będzie sprostać tym wszystkim wyzwaniom rozwojowym, na które zwrócił uwagę zespół doradców strategicznych Premiera w raporcie: „Polska 2030”.




